Akt IV: Jeden dzień, jedna Belgia

Zostanie tyle gór…

9:30. Namiot zwinięty, śniadanie zjedzone. Ruszamy w trasę. Ostatni dzień ciężkiej pracy. Ostatnie kilka godzin bezustannego góra-dół. A potem fajrant. W samo południe zjeżdżam do Dinant. Z fajerwerkami. Środkiem drogi krajowej, wyprzedzając samochody. A co mi szkodzi. Na widok szerokiej, leniwie płynącej Mozy mam ochotę skakać z radości.

And all that jazz

Wielka woda w tym miejscu przełamała łańcuch górski. Wyrzeźbiła skaliste klify i rozciągnęła wzdłuż swoich brzegów małe miasteczko. Dinant kształtem przypomina samą rzekę. Razem z nią skręca i wije się dnem kanionu. Tylko położona na skale cytadela rzuca wyzwanie siłom natury.

Dinant dało światu bardzo ważną rzecz. Może nie tak ważną jak bigos i pajda ze smalcem, ale jednak. Saksofon. W 1841 roku Adolphe Sax udoskonalił nieco klarnet basowy, a dzieło zdecydował się ochrzcić swoim imieniem. Wzbudziło to niespotykaną i całkiem uzasadnioną zazdrość środowiska muzycznego. Przez następne 4 lata Sax głównie jeździł na rozprawy sądowe, unikał rzucanych w jego stronę pomidorów i negocjował z orkiestrami, które ogłaszały strajk na sam widok nowego instrumentu. Czasami ciężko jest być wynalazcą.

Szybko, szybciej, Belgia

Czy da się zwiedzić pół kraju w jeden dzień? Da się, tylko trzeba mieć rower. I opakowanie ciastek z Lidla.

Zaczynamy od spożycia czwartej części ciastek i jogurtu pitnego. Potem zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy na ławce nad rzeką w Dinant, co komentujemy krótkim „Oh…”. Wsiadamy na rower i mijając po drodze 54 rzeźby saksofonów, wyjeżdżamy z miasta. Ku północy oczywiście.

Nawigację w całości powierzamy rzece. Ona dobrze wie gdzie ma płynąć, robi to już tysiące lat, zna się na tym lepiej niż my. My skupiamy się na podziwianiu jej brzegów i znalezieniu doskonałego momentu na kolejne ciastko.

Tuż przed Namur nagle orientujemy się, że wszyscy dookoła nas jedzą lody. Z wielką niechęcią poddajemy się presji stada i zamawiamy największe dwie gałki jakie widzieliśmy w życiu. Bez problemu, na rowerze to i tak się wszystko wyrówna.

W Namur skręcamy na zachód. Zmieniamy kierunek, rzekę i krajobraz. Kończy się piękna zieleń, a my jedziemy wzdłuż złomowisk, kominów i fabrycznego chaosu. 50 kilometrów do Charleroi przejeżdżamy grubo poniżej 2 godzin. W końcu można odbić sobie te paskudne górskie podjazdy. Po drodze licznik wybija 4000 kilometrów. Świętujemy jedząc ciastko na pół z naszym rowerem.

Z brudnego i rozkopanego Charleroi uciekamy jak najszybciej. Na szczęście w Belgii dla studentów dowolny bilet kolejowy kosztuje jedynie 6€, czyli mniej więcej tyle co kebab. Marząc o kebabie wsiadamy w pierwszy pociąg do Brukseli.

W Brukseli mamy 74 minuty na przesiadkę. 62 minuty poświęcamy na dojazd na Grand Place, obejrzenia Pałacu Sprawiedliwości i obfotografowanie wyżej wymienionych oraz powrót na dworzec Midi. 10 minut zajmuje nam przeciskanie się przez festyn na jednej z głównych ulic, a 2 poświęcamy na rozmyślania o kebabie. Rozmyślania kończą się kolejnym ciastkiem w pociągu do Gandawy.

Gandawa, Ghent, Gant. Różne nazwy, jedno miasto. Krążymy po ciemnych ulicach, w końcu trafiamy na Dampoort – umówione miejsce spotkania. Krzysztof Hołowczyc z dumą może powiedzieć: „Dotarłeś do celu”. Albo raczej mógłby, gdybyśmy mieli nawigację. Po chwili jesteśmy w domu przesympatycznej dziewczyny najedzeni, wykąpani i ogólnie zaopiekowani. W końcu jest nam ciut bliżej do człowieka niż do szympansa bonobo. Ostatnie, nieco sfatygowane ciastko jemy już prawie przez sen.

Ciekawy wpis? Udostępnij!

Chcesz coś dodać? Masz pytanie? Napisz komentarz