Kathmandu. Autobusowe MMA.

Prolog

6 sierpnia opuściłem Rato Mate. 7 sierpnia wróciłem do Kathmandu. 8 sierpnia do mojej wyprawy dołączyć miała Martyna, dalej zwana Fiołkiem. Generalnie było coraz gorzej.

Dzień na nieróbstwo. Dzień na kaca, dzień na przeglądanie i kasowanie zdjęć, pisanie, telefony do domu i wszystkie te okołoegzystencjalne czynności, które niepokojąco często kojarzą się z iskającymi się małpkami. Takie małe odrobaczenie własnego istnienia zamkniętego chwilowo w zielonym plecaku znanej firmy produkującej plecaki.— z pamiętnika, 8 sierpnia 2016

Wolontariusz po powrocie do wielkiego świata

Misja

Około 17 wyruszam z hostelu. Kupuję F. jakiś drobiazg na powitanie (i pączka, bo głodne pewnie biedactwo przyjedzie). Mam misję. Dostać się na lotnisko korzystając z transportu publicznego. Mam na to 2 godziny. Kojarzycie taki film o misji z Tomem Cruise’em? On miał łatwiej.

Co łatwiej złapać: jakiś kamień czy autobus w Kathmandu?

Runda 1

Kathmandu – miasto wiecznego chaosu. Przystanki nie są oznakowane, o rozkładach jazdy nawet nie marzyłem. Przystanek jest tam, gdzie czekają ludzie – popyt i podaż w praktyce. Autobus przejeżdża, konduktor wykrzykuje trasę, ktoś wysiada, ktoś wsiada, a kierowca gra w „hamulec to lawa”. Wszystko odbywa się w biegu i po nepalsku. Uczucie absolutnej bezradności nieśmiało powala mnie na ziemię i kopie w rytm najnowszego przeboju Shakiry.

Runda 2

Nadchodzi ratunek. Spotykam sympatyczne małżeństwo, które zaraz pakuje mnie do autobusu. W środku pusto, tylko my i kierowca. Pierwszy raz widzę w Nepalu autobus wiozący mniej niż 120 milionów ludzi. Przejazd techniczny. Mąż jest kierowcą i mieszka po drodze na zajezdnię. Rozsiadam się wygodnie w niewygodnym fotelu i przez okno podziwiam najgłębsze odmęty szaleństwa zwane ruchem ulicznym w Kathmandu. Kobieta obok mnie oświadcza, że gra w reprezentacji Nepalu w krykieta. Po cichu sylabizując słowa takie jak „reprezentacja”, „krykiet” i „halucynacje”, staram się utrzymać kontakt z rzeczywistością.

Dojeżdżamy do celu. To znaczy oni dojeżdżają, ja muszę się przesiąść. Tylko w co?

Runda 3

– Rosni, w który autobus mam teraz wsiąść?
– O w ten.
– Dzięki. – po chwili orientuję się, że biegnę przez środek skrzyżowania goniąc autobus i resztki własnego zdrowia psychicznego. Autobus dogoniłem.

Czeka przed terminalem, oparta o plecak. Podbiega, witamy się. Dobrze ją widzieć. Następne trzy tygodnie będziemy razem tułać się po świątynkach, górach i straganach z niedorzecznie tanim jedzeniem.

Epilog

Za taksówkę z lotniska stargowałem do 500 rupii. O 200 mniej niż za pierwszym razem. Czegoś się jednak człowiek uczy.

 

Ciekawy wpis? Udostępnij!

Chcesz coś dodać? Masz pytanie? Napisz komentarz