Londyn. Trzy myśli na krzyż

Na razie to miasto jest dla mnie za duże. Nie mam odwagi mieć własnego zdania, bo wiem jakim paskudnym uproszczeniem by było. Na razie to jest walka Dawida z Goliatem. Samotny ja wędrujący od jednego punktu na mapie do drugiego. A po drugiej stronie Londyn, który między każde dwa punkty rzuca kilometry przestrzeni, masywy budynków, doliny ulic, a przede wszystkim rzeki ludzkiego tłumu.

To fragment z mojego dziennika po pierwszym dniu. Początkowy szok trwał 48 godzin. Tyle zajęło mi zaakceptowanie miejsca, w którym żyje 9 milionów ludzi. W którym funkcjonuje ponad 700 linii autobusowych a obwodnica autostradowa ma prawie 200 kilometrów długości.

Kupiłem piwo i poszedłem nad rzekę. Tutaj to akurat wyzwanie. Nie ma co liczyć na szerokie, zielone deptaki nad Tamizą. Prawdziwi Londyńczycy rzekę widzą tylko na zdjęciach i raz do roku z tarasu w Tate Modern (dotyczy hipsterów). Znalazłem miejsce zwane Igłą Kleopatry. Tamtego wieczoru to było moje miejsce. Patrzyłem na rzekę, na wieżowce i na autobusy toczące się przez most. Piłem najtańsze piwo i rozmyślałem nad ogromem Londynu. W miastach apokaliptycznych samotny człowiek nie ma wielkiego wyboru. Albo podąża wraz z tłumem, albo pije i rozmyśla nad ich ogromem.

To z kolejnego dnia. Nie brzmi zbyt optymistycznie. Był 16 października, jeden z ostatnich ciepłych wieczorów. Siedziałem nad Tamizą i na przekór wszystkiemu zaczynałem ten Londyn lubić. I o tym dzisiaj będzie. Nie będzie o zabytkach, atrakcjach turystycznych, dzikich imprezach, ani o tym, czy w Londynie da się przeżyć tydzień za 20£. Na to przyjdzie czas. Dzisiaj będą wsparte fotografią przemyślenia i refleksje. Będzie o tym, że Londyn ma duszę.

Miasto, które musi przetrwać

Gdyby miał nadejść apokalipsa, gdyby cała ludzkość znalazła się w niebezpieczeństwie, a z ogólnoświatowej katastrofy miało ocaleć tylko jedno miasto, to powinien być to Londyn. Tutaj ukryty jest skarb warty każdego poświęcenia. Skarb rozproszony po całym mieście. Od okazałych gmachów do ceglanych szeregówek. Od bogato zdobionych fasad, do surowej bryły opuszczonej elektrowni. Od Muzeum Historii Naturalnej do nowoczesnej, kontrowersyjnej galerii Tate Modern. Muzea Londynu.

Wraz z nimi przetrwa wszystko. Przetrwamy my.

Przetrwa starożytny Egipt i Stany Zjednoczone. Przetrwa Mezopotamia. Przetrwają wieżowce i dinozaury. Świat będzie można odbudować. Z każdym innym miastem wszystko musielibyśmy zaczynać od nowa. Kolejna era, twardy reset historii. Ale mając Londyn wystarczy wszystko odtworzyć. Od kambodżańskiego Angkoru po Empire State Building. Stojąc na marmurowej posadzce British Museum, można to sobie wyobrazić. Można zobaczyć jak dwupiętrowe, czerwone autobusy jadą w świat i rozwożą całe dziedzictwo ludzkości. Jak wszystko trafia z powrotem na swoje miejsce. Imperium Brytyjskie w końcu oddaje bogactwo zrabowane wieki temu. Imperium Brytyjskie nareszcie spłaca swój dług.

Ostatnia droga

Już przed wyjazdem wiedziałem, że chcę zobaczyć w Londynie jeden obraz: „Ostatnia droga Temeraire’a” Williama Turnera. Dość oczywisty, dość znany (zagrał nawet w filmie z Jamesem Bondem). Spędzam przed nim chwilę, bez jakiejś szczególnej refleksji. Wiadomo o co chodzi. Po prostu patrząc na obraz łatwiej zapamiętać, że rzeczywistość działa tak samo. Że nowe zawsze wygrywa ze starym. Że jedyne na co stare, niepasujące może liczyć to odrobina litości i bezpieczną droga na złomowisko.

Nie wiedziałem, że parę godzin później będę mógł doświadczyć tego samego w tak zwanym realu. East End. Wśród starych, szaroburych szeregówek nigdy nie było spokojnie. Kiedyś to były slumsy. Najpodlejsza dzielnica Londynu. Miejsce ze strachem omijane przez porządnych obywateli. Dziś to światowa stolica sztuki ulicznej i wielkiej hipsteriady. Miejsce, w którym kilkanaście lat temu zebrało się zbyt dużo energii. Nic nie mogło jej pomieścić. Wylała się. Wylała się na mury, ściany i ulice. Setkami naklejek, litrami farb, tysiącami tagów. To miejsce, w którym ściany nie mają uszu. One mają głos.

Jest to też miejsce, które znika. Kawałek po kawałku, kwartał po kwartale pożera go nienasycone londyńskie City. Bo ciągle potrzebne są nowe wieżowce, gdzie nowe banki będą miały nowe, przeszklone siedziby. A obecnych mieszkańców na to nie stać. Stare, zniszczone, ale za to jak kolorowe, musi ustąpić przed nowym, bogatym, ale bezdusznym. To jest współczesna wersja „Ostatniej drogi”.

Szkło i stal

Pod koniec pobytu chcę jeszcze raz odwiedzić East End. Droga prowadzi przez największe europejskie centrum finansowe. The City of London. Niezależne od reszty miasta, rządzone przez tajemniczą, wszechpotężną korporację. Mieszka tu zaledwie parę tysięcy ludzi. Pracuje – ponad 50 razy więcej. Garniturowa armia w przeszklonych koszarach wieżowców i poligonach zamkniętych dziedzińców.

W niedzielę to miasto duchów. Opuszczony Babilon. Człowiek znajduje się sam na sam z ogromnymi bryłami drapaczy chmur. Pośród zamkniętych na głucho sklepów wydaje mu się, że nikt tu już nigdy nie wróci. Tak to wygląda. Jakby wszyscy stwierdzili, że zarobili już dość pieniędzy. Że czas na wakacje, że w poniedziałek można już nie wracać, zostawić garnitur w szafie, wsiąść w służbowe auto i pojechać na wieś. Albo nad morze. I nie wracać. Zostawić wieżowce samym sobie. Jakież to by było piękne, gdyby City naprawdę spotkał taki los. Ulice obrosłyby trawą. Korzenie drzew szybko poradziłyby sobie z chodnikowym brukiem, a bluszcz oplótłby przeszklone ściany. Starannie wymierzone przez architektów skwerki, protezy zieleni, zamieniłyby się w dżunglę. Takie miejsca służą przecież do tego, by porzucać je w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak jak Angkor w Kambodży, tak jak Machu Picchu. Dojść na szczyt i zejść ze sceny. Oddając wszystko naturze.

Chcesz coś dodać? Masz pytanie? Napisz komentarz