Marrakesz. Inny świat.

Dym i Bębny

To pierwsze co pamiętam. Przystanek autobusowy jest 500 metrów od placu. Po drodze jest mały skwer z postojem dla bryczek i nieodłącznym zapachem końskiego łajna. Potem wychodzi się na główną płytę. Na początku nie widzisz szczegółów. Widzisz tylko linię świateł na horyzoncie i kłębiące się pod nią ciemne sylwetki. Ale twoją uwagę pochłania coś innego. Niezmordowany rytm bębnów i obłoki dymu znad ulicznych knajpek spowijający wszystko. Otulające dachy sklepów, ludzi i zabawiające turystów małpy w pampersach. Przesłaniające 153 stragany z sokiem pomarańczowym, zaklinaczy węży i starca grającego na gitarze zębami. Powoli, krok za krokiem, odkrywające przed tobą inny świat.

Hello, my friend

Zbliżasz się do centrum placu. Mijasz ulicznych mówców, samozwańczych kaznodziejów, beznadziejnych grajków i kolesia z wężem na szyi. W ciągu 5 minut odmawiasz zakupu 3 zegarków, paczki papierosów, Iphone’a i córki kolesia z wężem na szyi. Gdy tylko dochodzisz do pierwszej knajpki, kelner zaczyna z tobą rozmowę. Wita cię słowami: „Polska! Robert Makłowicz! Bardzo dobra zupa z bobra!”. Skąd on się niby tego nauczył? Pełen podziwu siadasz przy stoliku. Zanim zdążysz złożyć zamówienie, odmawiasz zakupu papierosów, bransoletki i lampy sufitowej.

Jemaa-el-Fnaa. Centralny plac Marrakeszu. Europejskiego turystę i dobrze odkarmioną krowę rasy bawarskiej różni tam naprawdę niewiele. Handel apokaliptyczny, handel podciągnięty do maksimum. A jednak energia tego miejsca jest niesamowita. Kusi miętową herbatą i wszystkimi smakami świata. Obezwładnia kakofonią fałszujących piszczałek, zdartych głosów i zdezelowanych gitar. Oszałamia bogactwem zapachów i kolorami przypraw na straganach.

Pewnej nocy sfotografowano wszystkich artystów występujących na placu. Każdemu zrobiono jeden portret. Następnie fotografie wydrukowano i rozwieszono w wielkiej hali. Codziennie zdejmowano jedno zdjęcie. Wystawa trwała prawie 2 lata.

Medyna

Siedzę na małej, zbutwiałej ławce wraz z trzema Marokańczykami. Przede mną, na stole, leży pusta miska po zupie. Ostatni raz była myta pół roku temu, gdy padał deszcz.

Cholera, znowu to samo. Dach mojego hostelu od medresy Ben Youssef dzieli 800 metrów w linii prostej. Zajmuje mi to 3 godziny. Nie gubię się. A przynajmniej nie przypadkowo. Po prostu medyna w Marrakeszu jest miejscem, w którym warto się zgubić. Labirynt Czerwonego Miasta wciąga. Co chwilę odwraca twoją uwagę kolejnym straganem, piękniejszą pocztówką i tańszym niż 5 metrów wcześniej piórnikiem. Tylko skręcę w lewo, zajrzę jeszcze za ten róg. Przecież to nie zajmie długo.

Czasami udaje mi się skręcić źle. Skręcić tam, gdzie turysta powinien pójść prosto. Skręcić tam, gdzie nie ma sklepików z chińskim badziewiem i drogich restauracji, a sprzedać chcą ci co najwyżej haszysz. Wtedy to widać. Medyna nie jest pod publiczkę. Nie jest tylko dla gości z Europy i ich portfeli. Są w niej też warsztaty spawalnicze, zakłady stolarskie i knajpki bez szyldów. Knajpki, w których miski ostatni raz myto pół roku temu, gdy padał deszcz.

2 comments

Chcesz coś dodać? Masz pytanie? Napisz komentarz