Nepal. Początek

Pierwszy deszcz

OTP-DWC. 5 godzin. DWC-DXB. Autobus, metro, 4 godziny czekania. DXB-DEL. 3 godziny, minut 40. Cały lot przespany. Terminal w Delhi. 170 minut przesiadki, a Internetu tylko 45. DEL-KTM. 1:40. Teorytycznie. Pogoda fatalna, telepie jak diabli. Pół godziny kołujemy nad Kathmandu, czekamy na widoczność. Udało się.

Wiza. No tak, mus to mus. Z czegoś ten kraj musi żyć. 10 takich specjalnych komputerów, działają może 3, ale i tak idzie szybko. Podchodzisz, skanujesz paszport, wklepujesz dane i poprawiasz grzywkę, bo zaraz robot zrobi Ci zdjęcie. Urzędnik mechaniczny wydaje Ci mały świstek papieru, który trzeba wręczyć urzędnikowi z układem nerwowym i wyczuwalnym pulsem. A, dobrze. To 100 dolarów będzie. Paszport, proszę. Welcome to Nepal. Z akcentem na „pal” .

Pada. No ale czegoś ty się człowieku spodziewał? Monsun to nie ślub, nie da się przełożyć na później. Spotykam jednego Chińczyka, podzielimy się taksówką. Targujemy się, ale deszcz mocno osłabia naszą pozycję negocjacyjną. Nieważne, jedziemy na Thamel – turystyczne centrum stolicy, nepalskie Krupówki. Albo raczej powoli suniemy przez zakorkowane, spływające wodą ulice. Jack trochę się jąka i jest ogólnie płochliwy. Pierwszy raz w życiu opuścił Chiny. Ale znalazł nam hostel. Pokój, prosta przestrzeń. 3 piętrowe łóżka, łazienka, jedna szafa. Czysto i tanio. 350 rupii załatwia sprawę. Czas na obiad.

Co ja robię tu?

To nie miała być kolejna podróż. Kolejna autostopowa włóczęga, mierzona tylko w kilometrach i ilości zdjęć na kartach pamięci. Kolejna żebracka Odyseja po najtańszych knajpach, gościnnych domach i dzikich biwakach. Byle zobaczyć jak najwięcej za jak najmniej. Bo ktoś nakarmi, ktoś podwiezie, bo muzeum jest za darmo. Nie tym razem. Tym razem pojechałem się w końcu na coś temu światu przydać.

W pokoju było nas czworo. To Thamel, jeśli w pomieszczeniu nie ma ani jednej osoby, która objechała świat na jednej nodze i z sokołem na ramieniu to znaczy, że jesteś na ulicy i zaraz potrąci Cię samochód. Historie, imiona, kraje, wszystko się miesza. Polska, Chiny, Belgia, Izrael. 3 lata w podróży, pierwszy dzień, jutro wracam do domu, jadę do Indii.

Więc mówię, że z Polski i że na wolontariat. Że trzęsienie ziemi i że chcę pomóc. Tak, próbowałem szukać przez Internet, długo. Nic to. Kupiłem bilet i przyjechałem. Chcę pomóc. Mówię, bo liczę, że ktoś uśmiechnie się I powie :
– Hej! Słyszałem o czymś takim.
I wiecie co mi mówi ta dziewczyna z Izraela?
– Hej! Slyszalam o czymś takim.
Właśnie wraca z wolontariatu w All Hands. Pisałem do nich 2 miesiące temu. To była najbardziej godna zaufania oferta. Bardzo chciałem tam jechać, odbudowywać zrównane z ziemią wioski. Ale nie odpisali.

– A kontakt jakiś masz?
– Dam Ci maila do koordynatorki. Eilith to spoko babka, przyjmie Cię.
– No to dyktuj. Pod sufit będę skakał, jak się uda.
– Uda się, zobaczysz. Trzymam kciuki.
– Wiesz że być może tym mailem zmieniłaś mi pół życia?
– Wiem. Fajnie, nie?
– No ba.

Wszystkie ręce

Naprawdę podskoczyłem pod sufit. Udało się! Mogę przyjechać, pomóc. Z opowiadań Jan czeka mnie niewiarygodna harówa. Praca na budowie, w tropikalnych upałach przeplatanych monsunowymi ulewami. Nie mogę się doczekać. Jutro wyjeżdżam do Trisuli, do bazy All Hands spłacać mój karmiczny dług!

2 miesiące Internetowych poszukiwań. Dziesiątki maili. I nic. Ale to jest jak u Rolling Stones’ów. Jeśli czegoś naprawdę chcesz, zdarzy się. A kiedy i jak? A to już zupełnie inna rzecz.

You can’t always get what you want,
But if you try sometimes, you just might find,
You get what you need.

Chcesz coś dodać? Masz pytanie? Napisz komentarz