Pałac we Wronowie. Perła Pegieeru.

Przy wyboistej drodze stoi biała, podrdzewiała już na brzegach tabliczka. Pałac we Wronowie. Po lewej stronie w murze otwiera się to, co kiedyś było bramą. Skręcam więc i wjeżdżam w cień pałacowego ogrodu.

Pałac we Wronowie powstał na przełomie XVIII i XIX wieku. W 1906 r. został wyremontowany z inicjatywy pewnego Niemca, którego nazwiska przepadło tak samo jak praca, którą w ten budynek włożył1. A pracy włożył dużo. Cały kompleks został przebudowany w neobarokowym stylu. W bryle pojawiła się okazała wieża zegarowa, a główną salę ozdobiły drewniane schody. Powstała też kaplica i przeszklony ogród zimowy, gdzie delikatny plusk wody w fontannie koił i uspokajał zmysły właścicieli.

Po II Wojnie Światowej pałac przejęło państwo i Perła zaczęła zmieniać się w Ruinę. Pałac musiał wykazać przydatność w nowych, bezpałacowych czasach. Przystosowano go więc do funkcji mieszkalnej, a całość przejęło Państwowe Gospodarstwo Rolne. Po obu stronach budynku wyrosły blaszane baraki magazynów oraz coś, co po dłuższej obserwacji rozkładu gruzów zaklasyfikowałem jako stodołę. W pałacu należącym kiedyś do pewnego Niemca, rezydował zaś dyrektor pegieeru, któremu dostojny anturaż doskonale pasował do powagi piastowanego stanowiska.

Po pewnym Niemcu pozostało niewiele: murowany kominek, drewniane schody i ogród zimowy. Na wieży zegarowej trzyma się jeszcze jedna wskazówka. Freski i ornamenty są już ledwo widoczne, a odpadający tynk odsłania wnętrzności murów. Po Państwowym Gospodarstwie Rolnym pozostało jeszcze mniej: blaszany barak, rozwalony w drobny mak stodoła i tabliczka Biura Zakładu przy zdobionych, drewnianych drzwiach. Pałac jest już w rękach prywatnych, właściciel mieszka parę wiosek dalej. Jest rolnikiem, w dodatku rolnikiem bogatym, udało mu się w końcu wykupić większość terenów byłego PGR. Dzięki niemu budynek dostał drugie życie. Dziś w zabytku, który mógłby być Perłą regionu mieszkają Ukraińcy, którzy w sezonie przyjeżdżają tu do pracy przy zbiorach szparagów.

Dziwne uczucie towarzyszyło mi na schodach wejściowych. Jakaś ostateczność w tym była. Jakiś upadek tak bolesny, że aż nie zostawia śladów. Drzwi były przecież uchylone, zapraszały do środka. Przysiągłbym, że z komina idzie jeszcze strużka dymu, że coś tam się jeszcze żarzy, dopala, że wystarczy dorzucić trzy szczapki i znowu buchnie wesołym płomieniem. Że pewien Niemiec wyszedł tylko na chwilę. Po sprawunki do wioski poszedł i zaraz wróci. I tu chyba była ta ostateczność. Duchy nie chodzą do wiosek po sprawunki.

Przypisy:

  1. Niemiec ów nazywał się Emmanuel von Schalscha
Ciekawy wpis? Udostępnij!

Chcesz coś dodać? Masz pytanie? Napisz komentarz